Seks-pułapki Internetu

Seks-pułapki Internetu

Szacuje się, że co trzecia strona internetowa zawiera treści pornograficzne. Problemem jest nie tylko ilość i jakość tychże stron, ale także a może przede wszystkim ignorancja internautów wobec zagrożeń związanych z coraz to nowymi formami „sprzedawania seksu”. Coraz częściej jesteśmy nie tylko biernymi widzami, ale sami wkraczamy w ten wirtualny świat, pokazując swoje ciało innym. Dla większości z nas to tylko erotyczna zabawa, podniecająca ale przecież anonimowa gra… Czy aby na pewno?

Porno-świat

Filmy porno mają długą tradycję. O ich negatywnym wpływie na psychikę młodych mężczyzn i kobiet napisano całe tomy. Jednak internetowa rewolucja nadała pornografii nowego wydźwięku. Sieć pełna jest filmików, zdjęć, gifów, najbardziej wymyślnych konfiguracji, których trudno szukać w Kamasutrze. Od dawna nie istnieje w tej kwestii żadna „norma”, wszystko stało się dozwolone i dostępne, dlatego przeglądając chociażby pobieżnie przypadkowe strony porno łatwo odnieść wrażenie, że seks jest brutalny, opiera się na praktykach sado-maso, na poniżaniu i zadawaniu bólu. Powrót do rzeczywistości bywa trudny – nie wszystkie dziewczyny mają biust w rozmiarze DD i są amatorkami ostrego seksu analnego, nie wszyscy mężczyźni mogą kochać się godzinami, doprowadzając partnerkę do orgazmu za orgazmem. Ilość materiałów pornograficznych w sieci sprawia, że odnosimy wrażenie, iż „wszyscy” uprawiają właśnie taki – dziki i perwersyjny seks, a nasze zwykłe stosunki seksualne odstają od „normy”. To budzi frustracje, prowadzi do poważnych zaburzeń. Nastolatek, uczeń gimnazjum zapytany w ankiecie o to, z czym kojarzy mu się słowo miłość napisał: z ostrym ruchaniem laski na kanapie. Nie wymaga to raczej dodatkowego komentarza. Co trzeci nastolatek deklaruje, że jego edukacja seksualna opiera się na tym, co znajdzie w Internecie.

Zdjęcia, które znikają?

Oprócz biernego oglądania, apogeum osiąga moda na to, aby samemu zaprezentować swoje możliwości. Niezwykle popularnym trendem są ostatnimi czasy tzw. „sexfie” – zdjęcia „selfie” robione tuż po stosunku. Akt miłości między kobietą i mężczyzną zaczyna opierać się na komercyjnej chęci zdobycia jak największej ilości „followersów”. Brzmi przerażająco, a to jedynie wierzchołek góry lodowej.

Zdjęcia na ,,snapchacie” znikają po kilku sekundach, co pozwala popuścić wodze wyobraźni. Jakże podniecająca dla wielu osób jest świadomość, że przez kilka sekund może obejrzeć je cała sieciowa społeczność. ,,Jedynym kosztem” tej bezkarnej zabawy jest nasza intymność.

Internet sprawił, że seks jest kolejną „dyscypliną”, w której można zbierać „lajki”.

Wirtualne ciało, realne pieniądze

Nie oszukujmy się – seks jest wirtualny, jednak pieniądze, które można na nim zarabiać są już całkowicie realne. O ile wcześniej ograniczaliśmy się do kilku rozbudzających wyobraźnię sex-roomów na największych chatach, o tyle teraz wystarczy włączyć kamerkę, wejść na pierwszy lepszy portal, zalogować się i … rozbierać. Nie potrzeba zresztą portalu – wystarczy skype, darmowe ogłoszenie i przelew od klienta. Kręcić można wszędzie, nawet na tle meblościanki czy w łóżku rodziców, wystarczy laptop albo przeciętny telefon. Właściwie może to zrobić każdy. Wszystko opakowane jest w różowy papierek wirtualnej zabawy, której daleko do określeń takich jak prostytucja czy kupczenie własnym ciałem. Nawet najstarsi górale, by nie przewidzieli, że najstarsza profesja świata zaistnieje w Internecie na taką skalę. Jeszcze trudniej przewidzieć jej skutki – przede wszystkim te psychiczne, bo przecież nikt, kto umieszcza takie filmiki w sieci nie myśli o tym, że np. może obejrzeć siebie w czasie ewentualnej rozmowy o pracę, bo dociekliwy hipotetyczny pracodawca zlecił przeprowadzenie researchu dotyczącego kandydata na określone stanowisko…

Warto jednak pamiętać, że życie to nie film, seks to nie porno, a w przyrodzie nic nie ginie… W Internecie tym bardziej.

Czytaj także:
» Negatywne skutki epatowania seksem, czyli rozpusta w telewizji
» Czy i jak rozmawiać z nastolatkiem o seksie?