Terlikowscy i ich sposób przeciwstawiania się światu rozpusty

Terlikowscy i ich sposób przeciwstawiania się światu rozpusty

Stereotyp

Dziecioroby, patole, popaprańcy, ciemnogród – to te najłagodniejsze określenia Tomasza i Małgorzaty Terlikowskich, które znaleźć można w Internecie. Ilość komentarzy pod wywiadami z polskimi katolami dochodzi nierzadko do kilkunastu tysięcy. To mieszanka inwektyw, oskarżeń o wstecznictwo, promowanie scenariuszy małżeńskiego pożycia rodem ze średniowiecznego horroru. Dostaje się także czwórce ich dzieci, bo dzieci patoli nie trzeba przecież oszczędzać. Tyle internetowe stereotypy, które sami Terlikowscy umiejętnie podsycają, aby pokazać swoje racje i wykazać brak logiki w wielu krytykanckich teoriach .

Kim naprawdę są i czy ich sposób przeciwstawiania się światu rozpusty i totalnego braku zasad nie jest wybawieniem dla współczesnego zagubionego w globalnej wiosce człowieka?

Czy tylko in vitro?

Poznali się jeszcze w szkole średniej. On chciał zostać księdzem, jednak spotkanie w autokarze, który wiózł ich na jedno ze spotkań młodzieży parafialnej w Wiedniu przesądziło o wszystkim. Wierność małżeńską ślubowali sobie dopiero po 6 latach, kiedy byli pewni, że warto być skazanym na siebie do końca życia ale także mieli już gdzie mieszkać i wiedzieli, że będą mogli się utrzymać. Dość współczesne podejście, dalekie od katolskiej patologii, o której piszą przeciwnicy Terlikowskich.

Dzieci nie pojawiły się od razu, pytania o ich brak zaczęły drażnić przede wszystkim Małgorzatę. Tomasz nie skorzystał ze skierowania do androloga, bo było to niezgodne z ich światopoglądem. Czekali. W jednym z wywiadów Małgorzata Terlikowska opowiada, że w czasie podróży po Włoszech odwiedzali każdą ważniejszą świątynię, gdzie na kolanach modlili się o dziecko. Wierzyli, że podwyższony poziom prolaktyny to jedno a właściwy czas, w którym pojawi się dziecko drugie. Wreszcie urodziła się dziewczynka. Dziś mają czwórkę i czekają na kolejne, bo antykoncepcja hormonalna nie wchodzi w ich przypadku w rachubę. Deklarują, że wystarczy obserwowanie ciała kobiety, zapisywanie szczegółowych wniosków z tych obserwacji. Prezerwatywy także są nie do przyjęcia: Kto chciałby dotykać ukochaną osobę przez plastikową osłonkę? – pytają retorycznie. Skrajnie oceniają także tzw. tabletki dzień po, porównując je do cyklonu B, którym gazowano więźniów obozów koncentracyjnych w czasie II wojny światowej. W ich mniemaniu jakakolwiek ingerencja w metafizykę poczęcia nowego życia jest niedopuszczalna i haniebna. W świecie łatwych rozwiązań i poszukiwania wszelkich sposobów na ograniczenie sytuacji trudnych, Terlikowscy nie kroczą łatwą drogą i być może ten brak konformizmu jest solą w oku większości krytyków. Małżeństwo na wszelkie ataki ad personam odpowiada merytorycznie i spokojnie.

Lesbijki i seks przed ślubem

W ich domu panują jasne zasady. Dzieci nie obchodzą Halloween, bo katolik wierzy w życie wieczne. Modlitwa nie jest czymś wstydliwym, rodzice rozmawiają z dziećmi nawet na najtrudniejsze tematy. Czas na rozmowę to najlepszy prezent, jaki można sprawić dziecku w świecie wypełnionym ciągłym pędem. Terlikowscy dzieci zapisali do katolickich szkół i przedszkoli, aby chronić je przed nawałem wynaturzeń współczesności. Jak sami twierdzą uczą pociechy szacunku do homoseksualistów, jednak hipotetycznej partnerki najstarszej córki nie zaprosili by na święta, bo to niezgodne z ich światopoglądem i zasadami. Podobnie z przedślubnym seksem. Tylko małżonkowie mają szansę doznać całkowitego spełnienia w czasie aktu miłości. To dla wszystkich w domu jasne. Przygodne stosunki to łatwe rozwiązanie, którego później bardzo się żałuje. Sfera intymna musi być zarezerwowana dla tego odpowiedniego, wybranego człowieka. To także jest – ich zdaniem – miarą człowieczeństwa.

W domu najbardziej kontrowersyjnych polskich katolików rodzice okazują sobie miłość, pojawienie się kolejnych dzieci nie jest tematem tabu, bo są one owocem miłości, błogosławieństwem. Dla zdrady nie ma miejsca w tej konstelacji, co daje poczucie pewności, stałości, pozwala oprzeć się na drugiej osobie. Nie ukrywają, że udane małżeństwo to ciągła praca, festiwal kompromisów. Ona akceptuje porozrzucane po całym domu skarpetki, on wspiera ją w domowych obowiązkach. Kiedy pojawia się chęć wejścia w bliższą relację z kimś trzecim, po prostu uczciwie kończą taką znajomość. Znów przejrzystość zasad, trwanie przy wartościach, które obrali.

Kobieta w domu

Do szewskiej pasji doprowadza naczelne feministki kraju fakt, że Małgorzata Terlikowska zdecydowała się oddać wychowywaniu dzieci w domu. Jak sama zaznacza oddać a nie poświęcić, bo dla niej to trudna, wyczerpująca ale także fascynująca przygoda. Swoją postawą udowadnia, że kura domowa to jedynie skutecznie przetwarzany stereotyp, straszak, bo sama nie ma żadnej cechy, która kojarzy się z domowym kieratem: jest oczytana, zadbana, uśmiechnięta, poza wychowywaniem dzieci, zajmuje się redakcją tekstów, udziela w organizacjach pro life. Jej życie to jej wybór, jest szczęśliwa i nie rozumie ataków w siebie wymierzonych, w których udowadnia się, że naprawdę nie jest szczęśliwa, bo jedyny słuszny wybór dzisiejszego świata to schemat: kobieta wyzwolona, korporacyjna lwica, czy wieczna singielka skacząca z kwiatka na kwiatek.

Terlikowska jest szczera, nigdy nie ukrywa, że jak każda kobieta ma kryzysy, bywa zmęczona, zdenerwowana. Nagabywana przez męża o kolejne dziecko, waha się, bo każda kolejna ciąża przebiega w jej przypadku coraz ciężej. Wie jednak, że dziecko prędzej czy później się pojawi, bo to naturalna kolej rzeczy w domu, gdzie wierzy się, że to najwspanialszy dar.

Oboje denerwują się, że w XXI wieku, w Polsce postrzegani są jako rodzina patologiczna, bo mają więcej niż dwoje dzieci. Stereotyp, że wielodzietne rodziny zawsze ocierają się o patologię, są wynikiem nieudolności rodziców, jest w Polsce bardzo silny. Oni chcą z nim walczyć, bo to ich zdaniem proste tłumaczenie ludzkiego lenistwa, niechęci do brania za kogoś odpowiedzialności.

Ich Świat

Ich świat to miejsce prostych ale niezbywalnych reguł zgodnych z chrześcijańskimi przykazaniami, dalekie od prostych rozwiązań oferowanych przez kolorowe gazety i programy rozrywkowe. W tym świecie nie ma ideologii gender, nakazu poddania się in vitro, aby dziecko mieć prawie natychmiast, nie ma tu także pigułek antykoncepcyjnych i dzień po. W ludziach wzbudza to agresję, bo pokazuje, że tak można żyć i że takie życie daje poczucie szczęścia i spełnienia. Świat rozpusty nie jest dla nich miejscem wartościowym i głośno o tym mówią. Kojarzą się z ostatnim bastionem obrony wartości związanych z prawdziwym a nie plastikowym, wyświechtanym człowieczeństwem. Ale oni zapewne są po prostu tak zwyczajnie w swoim miejscu na ziemi. To im wystarczy, bo daje nadzieję, że wyznawane przez nich wartości przetrwają w kolejnych pokoleniach. A rodzina jest najważniejsza.